
Wobec tego, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość (pallotyni zorganizowali w listopadzie tego roku wyjazd do Rwandy dla chętnych osób, zaangażowanych w Adopcję Serca) – nie zastanawiałam się ani chwili! Pojechałam odwiedzić siostrę i zobaczyć jeden z najpiękniejszych krajów Afryki, a może i świata.


Poza oczywistymi walorami przyrodniczymi Rwandy, zwracałam uwagę również na miejscową kulturę. Kolorowe stroje kobiet przyciągały wzrok, podobnie jak ciekawe obyczaje afrykańskiej ludności. Spotykaliśmy ludzi uprawiających maniok i banany, pracujących w polu motyką; ludzi niosących towary na targ – niezależnie od wielkości i wagi towarów, w Rwandzie wszystko nosi się na głowie, nawet damską torebkę! Natomiast małe dzieci kobiety noszą na plecach, w chuście, dzięki czemu ręce mają zawsze wolne, a dzieci są spokojne i grzeczne, przyklejone do matczynych pleców, ukołysane biciem jej serca.
Byłby to zaiste sielankowy obraz Rwandy, gdyby nie wszechobecna, niewyobrażalna dla Europejczyka bieda, spotęgowana jeszcze przez niedawną krwawą wojnę. Wieloosobowe rodziny mieszkają w maleńkich glinianych lepiankach, bez prądu i wody. Cały ich dobytek to koza oraz równie małe jak lepianka poletko, zasiane maniokiem, bananami, ziemniakami lub fasolą. Kuchnia w lepiance się nie mieści, więc trzeba gotować na zewnątrz, na ognisku, w glinianym garnku. Zresztą, nie za wiele można ugotować, nie mając pieniędzy, jedzenie jest więc bardzo monotonne (papka z manioku) a posiłek je się raz dziennie, wieczorem. Pomimo ubóstwa jednak obejścia domów są czyste, zadbane. Ludzie mili, serdeczni i – co chyba typowe dla mieszkańców Afryki – niezwykle muzykalni, roztańczeni, rozśpiewani.
Ale najbardziej wzruszającym i długo wyczekiwanym przeżyciem były spotkania z adopcyjnymi dziećmi. Na własne oczy mogliśmy się przekonać, ile znaczy dla tych dzieci nasza pomoc. Dla nas to niedużo (15 euro miesięcznie), dla tych dzieci natomiast oznacza to możliwość, przeżycia: jedzenie, szkoła, wszystko, co potrzebne. Równie ważna, jak się okazało, jest dla nich świadomość, że ktoś o nich myśli. Dzieci troskliwie przechowują wszystkie listy, zdjęcia i pamiątki, jakie dostają od swoich adopcyjnych europejskich rodzin.
Wspaniale było spotkać swoją afrykańską siostrę (dla mnie, jedynaczki, było to naprawdę wielkie przeżycie!). A marzenia naprawdę się spełniają. I warto, nawet długo, na ich spełnienie czekać.
(artykuł z numeru 12/2010 Głosu Białowieży; fot. H.Jędrzejewska, B.Jędrzejewska)
Świetny pomysł z tym blogiem, Helu! Sugerowałabym jeszcze dodanie po kilka fotek do każdego wpisu:)
OdpowiedzUsuńOla
Mam taki zamiar, ale dopiero się uczę ;)
OdpowiedzUsuń