środa, 18 grudnia 2013

Miesiąc miodowy w Kanadzie

Dlaczego Kanada? – pytali znajomi. Faktycznie, nietypowy kierunek. Nowożeńcy wybierają zwykle egzotyczne ciepłe kraje jako cel swojej podróży poślubnej. My jednak postanowiliśmy spełnić swoje marzenia z czasów dzieciństwa i na miesiąc miodowy pojechaliśmy do Kanady.
Ten kraj pobudzał wyobraźnię nie tylko nas, ale zapewne wielu dzieci. Fascynujące powieści przygodowe Jamesa Olivera Curwooda czy reportaże podróżnicze Arkadego Fiedlera pozostawiły w głowach kilku pokoleń młodzieży niezwykły obraz Kanady. Ośnieżone Góry Skaliste, wijąca się między nimi rzeka Athabaska, jesienne kolory lasów nad Zatoką Hudsona i wielkie pustkowia zamieszkane przez wilki, niedźwiedzie i Indian – któż nie marzyłby o tym, aby ujrzeć to na własne oczy?
Ale jak zorganizować taką podróż? Nie było to łatwe zadanie, wszak Kanada to kraj ogromny (drugi po Rosji pod względem wielkości). Jak w zaledwie 3 tygodnie zobaczyć wszystko, co byśmy chcieli? Jak przemierzać wielkie odległości między wschodnim, a zachodnim wybrzeżem?
Udało się znakomicie. Początkowo zatrzymaliśmy się w Toronto, położonym nad jeziorem Ontario. Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie są naprawdę WIELKIE! Zarówno z okna samolotu, jak i z brzegu Ontario wydawało się być morzem, a Toronto wyglądało z góry jak zbudowana z patyczków makieta nad bezkresem wody. Jest to jednak miasto ogromne, a także nosi oficjalny, nadany przez ONZ tytuł najbardziej wielokulturowego miasta świata. Mieszkają tam ludzie z ponad 150 nacji i grup etnicznych, w tym wielu Polaków. Przez trzy dni, które tam spędziliśmy, udało nam się nieco zwiedzić samo miasto, wybraliśmy się też na wycieczkę nad Wodospad Niagara. Wodospad znajduje się na granicy Kanady i Stanów Zjednoczonych, jednak widziany od kanadyjskiej strony robi o wiele większe wrażenie. Ma się wówczas widok prosto na wielkie spadające ze skał kaskady wody.

Kolejnym naszym przystankiem w krainie wielkich jezior było miasteczko Windsor, położone nad rzeką Detroit, na granicy z USA. Miasteczko nieduże, ale przyjemne, a po drugiej stronie rzeki roztacza się widok na amerykańskie Detroit. Chociaż mówi się, że Detroit jest miastem upadłym ekonomicznie i wiadomo, że ma poważne kłopoty z przestępczością, zza rzeki wyglądało ładnie. Nie odważyliśmy się jednak wybrać tam na wycieczkę.
W Kanadzie wszystko (nie tylko jeziora) jest wielkie. Największe są odległości. Aby dostać się na zachód kraju, musieliśmy znowu odbyć długą podróż samolotem. Ale po wylądowaniu w Edmonton zaczęła się najbardziej przez nas oczekiwana część wyprawy!
Znajomy z Edmonton pożyczył nam samochód, dzięki czemu mogliśmy pojechać w 5-dniową wyprawę w Góry Skaliste. To było nasze wielkie marzenie! Odwiedziliśmy dwa parki narodowe (Jasper National Park oraz Banff National Park). Brak słów, aby opisać niezwykłe widoki. Górskie szczyty pokryte śniegiem, ogromne świerkowe lasy, zbocza gór schodzące wprost do jezior, głębokie kaniony rzek… Widzieliśmy nawet lodowce, a w wyższych partiach gór zaskoczyła nas śnieżyca. Trochę obawialiśmy się niedźwiedzi, które właśnie jesienią są najbardziej aktywne, żerują bowiem na zboczach gór i w lasach, przygotowując się do snu zimowego. Żadnego jednak nie spotkaliśmy na swojej drodze – trochę szkoda, choć może jednak na szczęście.

Chociaż kolejny raz przekonałam się, że marzenia się spełniają, wszystkiego, co byśmy chcieli, zobaczyć się nie dało. Góry Skalite były ostatnim przystankiem naszej podróży. Trzy tygodnie to za mało, aby zwiedzić tak wielki kraj. Vancouver i Zatoka Hudsona zostaną na następny raz. Kiedyś na pewno tam wrócimy!


Helena Krauze-Wultańska
(artykuł ukazał się w numerze 11-12/2013 Głosu Białowieży)

1 komentarz: